|
Królowa Beskidów
zimą? Już samo to wystarczyłoby, żeby w lutowy poranek wstać wcześnie i przebyć
te sto kilkadziesiąt kilometrów dzielących Tarnów od masywu Babiej Góry. A gdy
dołożymy jeszcze do tego chęć pochodzenia na rakietach śnieżnych, nocleg w najnowszym
w Polsce schronisku i... Walentynki w gronie przyjaciół, wszystko stanie się
jasne... Pomimo ciężkich, niskich chmur i padającego śniegu wyruszamy więc busem w
kierunku Zawoi. Po ponad trzech godzinach docieramy na Krowiarki. Wysiadamy na
parkingu, a śnieg nadal prószy. Wężykiem (gęsiego) idziemy ostro pod górę.
Szybko nabieramy wysokości, odnosząc wrażenie, że staje się coraz jaśniej. Po
kilkudziesięciu minutach odpoczywamy na Sokolicy. Panorama jest jednak mocno
ograniczona i znowu musimy użyć wyobraźni. Kilka łyków herbaty i dalej w drogę.
Mgła w dalszym ciągu skutecznie ogranicza widoczność, ale dzięki temu nie
musimy się zatrzymywać. Tym bardziej, że (jak to zwykle jest na grani Babiej Góry)
pojawia się coraz silniejszy wiatr, zacinający z boku drobnym, zmrożonym
śniegiem. Po godzinie meldujemy się na szczycie. Warunki prawie ekstremalne,
ale śnieg wywiany. Wiatr i chłód skracają (do niezbędnego minimum) nasz pobyt
na Diablaku. W wigilię Święta Zakochanych, królowa pokazuje swoje groźne
oblicze. Ale w końcu jest zima więc (jak mówi klasyk) musi być zimno. Teraz
musimy zejść na Bronę, a w tych warunkach nie jest to niestety "bułka z
masłem". W dobrym TOWARZYSTWIE nie można jednak zejść na manowce, więc po
chwili stajemy na przełęczy. Po krótkiej naradzie i oszacowaniu swoich sił
postanawiamy zejść do schroniska… no, może nie od razu. Po drodze wchodzimy
jeszcze na Małą Babią Górę i podążamy na Żywieckie Rozstaje. Ponieważ myślimy
już o niedzielnej wycieczce, przecieramy sobie stąd szlak na Markowe Szczawiny. Powoli wychodzi zmęczenie, ale cel coraz bliżej. Jeszcze niedawno byłoby to
najstarsze polskie, beskidzkie schronisko. Dzisiaj niestety nie ma po nim już
śladu. O, przepraszam..., jest ślad w postaci sterty belek (które podobno
nadają się już tylko na spalenie). Tak kończy się historia tego szczególnego
(dla prawdziwych turystów) obiektu. Wielka szkoda. A przecież były plany, by
postawić je "na nowo", na przykład w skansenie w Zubrzycy. Jak to często bywa,
skończyło się na planach... Obecnie na Markowych Szczawinach króluje "nowe".
Brak jednak starej, dobrej atmosfery. Obsługa też "jakaś nie taka" (może gorszy
dzień?, może długi brak słońca?). I mimo, że od chwili oddania schroniska do
użytku nie minęły jeszcze trzy miesiące, widać już pewne niedoskonałości
projektowo – wykonawcze. Ale dość narzekań. Atmosferę stworzyliśmy sobie sami. I
chociaż nie dane nam było obejrzeć "srebrnych skoków" Adasia (telewizor był
trudno dostępny - tylko dla wybranych) to wieczór minął wspaniale. Niedzielny poranek rozpoczęła
(pierwsza w tym sezonie) schroniskowa Msza Święta. Później już zgodnie z
tradycją, wspólne śniadanie pod znakiem jajecznicy. W międzyczasie, na zmianę
organizujemy wrzątek, ponieważ obsługa schroniska wpadła na genialny pomysł, by
turyści sami go sobie przygotowywali. W tym celu wystawiono jeden (!!!) czajnik
bezprzewodowy o pojemności ok. 1,5 litra. Jednorazowy czas gotowania wynosił 6
minut, a chętnych do napełnienia termosów było kilkudziesięciu. Na szczęście my
zdążyliśmy zając w kolejce pierwsze miejsca. I już kilkanaście minut po dziewiątej
byliśmy "czujni, zwarci i gotowi". Tymczasem zaniepokojone rodziny informowały
nas o śniegowym kataklizmie w Tarnowie. Na Markowych też musiało w nocy "mocno"
sypać, bowiem warstwa śniegu przy schronisku zwiększyła się o ok. 4 cm. Wśród
tych "zasp" powiększyliśmy znowu nasze TOWARZYSTWO przyjmując oficjalnie "Shazze" do naszego grona i wyruszyliśmy na
szlak. Drogę na Żywieckie Rozstaje przetarliśmy sobie wczoraj. Pogoda
dopisywała. Chmury podniosły się nieco i było bezwietrznie. W ten sposób, idąc
przez Przełęcz Jałowiecką dotarliśmy do Mędralowej. Tym samym zaliczyliśmy,
najbardziej na północ wysunięty punkt Słowacji. Potem przez Halę Kamińskiego
zeszliśmy do Zawoi Czatoży. O trzynastej zakończyliśmy akcję górską.
I
znowu jak w przypadku naszych poprzednich wyjść, im bliżej Tarnowa byliśmy, tym
większe zaspy widzieliśmy za oknami busa. Nasze miasto było całkowicie
zasypane. Pojawiła się nawet myśl, by z powrotem założyć stuptuty, aby dotrzeć
spokojnie do domów... Oj dziwna jest ta tegoroczna zima.
|