piątek, maja 18, 2012
   
TEXT_SIZE

Strona Oddziału PTT w Tarnowie

Msza Święta Miłośników Gór

000000000000000000 0000000000000000000 00000000000000000 000000000000000 0000000000000000 00000000000000 00000000000


Zapraszamy na kolejną Mszę Świętą Miłośników Gór
już w najbliższą niedzielę
20.05.2012 r. o godz. 17:00

 

"Co słychać?" - Nr 5 (257) / 2012

Majowy numer "Co słychać" zawiera w dużej mierze tematy związane z obchodzonym przez Polskie Towarzystwo Tatrzańskie - Rokiem Ochrony Przyrody. Zaczynamy od artykułu Barbary Morawskiej-Nowak poświęconego Janowi Gwalbertowi Pawlikowskiemu - inicjatorowi powołania przed stu laty Sekcji Ochrony Tatr TT. Warto również zapoznać się z tekstem Krzysztofa Czesaka pt. "Zielone okrycie Ziemi", a także relacjami z XXI Dni Gór PTT w Łodzi, których tematem przewodnim była "Turystyka w zgodzie z naturą" oraz konferencji "Komunikacja korporacyjna w parkach narodowych - teraźniejszość i przyszłość". Znajdziemy tu także krótki artykulik Krzysztofa Karbowskiego o dęblińskim "Dniu Wróbla" oraz zaproszenie na sesję popularno-naukową "Sekcja Ochrony Tatr Towarzystwa Tatrzańskie w 100 rocznicę założenia" organizowaną wspólnie przez PTT i TPN w Zakopanem.

Kolejnym tematem rocznicowym, który jest poruszany w numerze, jest artykuł Janusza Machulika o swojszczyźnie, wpisujący się w przyszłoroczną 140. rocznicę powstania naszego Towarzystwa.

Numer uzupełniają: relacja Łukasza Gierlasińskiego z wyprawy trekkingowej "Bałkany 2012", zorganizowanej przez kolegów z Oddziału PTT w Bielsku-Białej, kolejna opowieść Bartłomieja Grzegorza Sali, tym razem pt. "Między Górami Dynarskimi a Karpatami" oraz tekst Barbary Morawskiej-Nowak o odsłonięciu tablicy poświęconej Wandzie Rutkiewicz na symbolicznym cmentarzu ludzi gór pod Osterwą.

Życzymy przyjemnej lektury! (pobierz -> 1,41 MB)

   

12-13.05.2012 - Babia Góra i Pasmo Policy

A gdzie Żółwik….

W piękny, sobotni poranek zwarta, mocna i gotowa ekipa PTT rozpoczęła kolejną przygodę z górami. Tym razem celem było zdobycie Babiej Góry, a właściwie Horki, ponieważ Ojciec Dyrektor postanowił zapoznać nas z trasą naszych południowych sąsiadów. Dzień z każdą chwilą robił się coraz ładniejszy, słońce przyświecało ochoczo, a radość w busie wzrastała z każdym przejechanym kilometrem dodatkowo wzmacniana odpowiednim śniadaniem, popijanym fizjologicznym płynem zewnętrznym (tu odsyłam do kabaretu Andrzeja Poniedzielskiego „Mowa ciała”)
Na punkt startowy naszego szlaku wyznaczona została Lipnica Wielka – Przywarówka. I tu znów czekała nas niespodzianka, ponieważ można było wybrać sobie szlak: niebieski na Słowację, skąd dalej żółtym przewidziano atak na "Królową Beskidów" lub nieco krótszy – zielony po rodzimej stronie Beskidu Żywieckiego. Grupa jednak po krótkich przemyśleniach postanowiła utworzyć jeden mocny zespół szturmowy obierając wariant przez terytorium sąsiadów. Słońce wciąż zachęcało do dłuższej wędrówki serwując nam sporą dawkę ciepła. Czego więcej chcieć?!
Trasa prowadziła początkowo szeroką, łagodnie nachyloną ścieżką aż do skrzyżowania szlaków przy Gajówce Hviezdoslava, gdzie Ojciec Dyrektor przewidział krótki postój. Dzięki temu każdy miał chwilę dla siebie, którą tradycyjnie niektórzy wykorzystali na nadrabianie zaległości nieprzespanej nocy (tu Syn Szefa dotrzymuje tradycji), inni uzupełniali płyny wytapiane z ciał żarzącymi coraz mocniej promieniami słońca, a jeszcze inni urządzali sobie sesje zdjęciowe wcielając się w rolę modeli (modelek) tudzież fotografów lub zamieniając się rolami. Dla każdego coś miłego.


12.05.2012 - Gajówka Hviezdoslava - (fot. Artur Marć)

Stąd obrawszy żółty szlak (Polhora - Babia Góra) ruszyliśmy ostro pod górę po drodze pokonując drewniany mostek nad płynącym górskim potoczkiem. Ten punkt zapisał się w historii wyjazdu, choć w tym momencie nikt z dzielnych zdobywców Babiej Horki jeszcze o tym nie wiedział. Kontynuując zatem nasz trekking coraz bardziej stromym podejściem osiągnęliśmy punkt zwrotny naszej wyprawy – wiatę w której zabiwakowaliśmy na posilenie się przed atakiem szczytowym. Mocniejsza część grupy (Karol i Andrzej) nie odczuwali głodu i karmili się adrenaliną charakterystyczną dla zdobywców więc szybko zniknęli za horyzontem. Pozostali przystąpili do uczty „czym chata bogata…”. Serwowano na przemian kabanosy z ananasem, zagryzane kanapką popychaną czekoladą i przepijaną fizjologicznymi płynami zewnętrznymi (patrz wyjaśnienie - koniec pierwszego akapitu). Kolejni członkowie i członkinie zespołu szturmowego dołączali do biesiady uzupełniając menu targanymi w plecakach smakołykami.
Uczta dobiegała końca, w powietrzu unosił się zapach zapowiadanego załamania pogody i już wesoła gromadka miała rozpocząć ostatni etap ataku szczytowego gdy do naszej świadomości dotarło, że brakuje nam wciąż jeszcze jednego kolegi z drużyny. Ojciec Dyrektor zszedł więc z powrotem kilkadziesiąt metrów z zamiarem wyjścia zaginionej owieczce naprzeciw, ale owieczki widać nie było.


13.05.2012 - W drodze na Policę - (fot. Artur Marć)

Czas powoli naglił, część biesiadników sukcesywnie ruszała w dalszą drogę, słońce zasłonięte zostało gęstymi chmurami, które zdołały już wypuścić pierwsze krople deszczu zwiastujące spełnienie prognoz Onetu. Dłuższe oczekiwanie na wolniejszego kolegę groziło utratą wszystkich zapasów żywnościowych (i co gorsza płynów)oraz koniecznością przetrwania pod wiatą. Ojciec Dyrektor wrócił po wsparcie i wraz z trzymającym kasę Arturem postanowili kontynuować akcję poszukiwawczą przeczesując okolice rozchodzących się przy mostku dróżek. Pozostali natomiast rozpoczęli atak szturmowy na Królową Beskidów przejmując dowodzenie.
Po chwili (pojęcie względne) dało się odczuć wparcie Opatrzności - zapewne spory wpływ na to miała obecność Wielebnego Kilera posiadającego niepodważalne wtyki na Górze – którego dowodem był telefon Ojca Dyrektora „znalazł się”. Nasz nowy kolega w całym swoim nieprzygotowaniu do wędrówki dokonał czegoś, co ułatwiło wypatrzenie go w gęstwinie lasów – założył na wyjazd żółtą koszulkę lidera (Lucky men!!!). Odetchnęliśmy z ulgą, bo co prawda 1/21 to zaledwie 4,7% grupy, a dopuszczalne straty 10% są do przyjęcia, to jednak bez naszego kolegi wyjazd nie byłby już taki sam.
Od tego momentu „Zaginiony w akcji” stał się chroniony lepiej niż niejeden światowy VIP, pilotowany na szczyt Babiej Horki w towarzystwie grupy wsparcia (Ojciec Dyrektor, Wielebny Kiler, „Bankier” PTT – Artur + 5 pomocników i 1 pomocniczka), wspomagany profesjonalnym sprzętem Darka, eskortowany do bazy Markowe Szczawiny przez Bodygardów (Grzegorza i Jarka) obserwujących każdy krok „Zwycięzcy” (the Winner is…). Skupienie ratowników na zadaniu bezpiecznego doprowadzenia zaginionej owieczki do celu sprawiło, że nie przeszkadzał nikomu lejący już od godziny deszcz, a sesja zdjęciowa na szczycie Babiej Góry nie wymagała wymuszania sztucznego uśmiechu na twarzach – naturalny nie schodził już z lic przez cały weekend.


13.05.2012 - Schronisko na Hali Krupowej - (fot. Artur Marć)

Po doprowadzeniu VIPa do punktu meldunkowego Markowe Szczawiny, gdzie cała grupa znów stała się jedną drużyną, zarządzono krótką przerwę na regenerację utraconych zasobów cieplno-energetycznych członków grupy ratowniczej, po czym prawie zwartą drużyną pokonano ostatni tego dnia etap trekkingu schodząc do Zawoi.
Zakończona sukcesem akcja ratownicza stała się motorem radosnego świętowania na całym wyjeździe, którego początkiem była wspólna kolacja w karczmie w Zawoi połączona z przygrywaniem miejscowej kapeli i tańcami niczym w balladzie Pani Twardowskiej:

Jedzą, piją, lulki palą,
Tańce, hulanka, swawola;
Ledwie karczmy nie rozwalą,
Cha cha, chi chi, hejże, hola!

Wspólna radość trwała do późnych godzin nocnych – oczywiście po uprzednim doprowadzeniu się do stanu dopuszczającego przebywanie wśród ludzi (kąpiel).
Drugi dzień wyjazdu rozpoczął się oczywiście Mszą Świętą odprawioną przez Wielebnego Kilera oraz bogatym śniadaniem z jajecznicą - nieodłącznym elementem wyjazdowych niedziel.
Ojciec Dyrektor znów stał się mentorem całej drużyny i wyznaczył trasę z Przełęczy Krowiarki przez Halę Śmietanową, Policę, Halę Krupową z zejściem do Skawicy (Suchej Góry). Tym razem obyło się bez przygód, wszyscy szli w zwartej grupie choć dzień upłynął w zasadzie na omawianiu szczegółów akcji ratowniczej dnia poprzedniego. Radości nie było końca, śmiechem rozgoniliśmy poranne chmury i podnieśliśmy temperaturę powietrza, a przypieczętowaniem drużynowej jedności było świętowanie na Hali Krupowej przy uginającym się pod ciężarem kufli piwa, żurków, frytek, szarlotek, de volaille’ów i własnych kanapek stołu. Wszystko, co dobre ma jednak swój koniec, dlatego trzeba było podjąć trud wyjścia ze schroniska i ruszyć na ostatni etap górski tego rajdu - zejście do Skawicy, gdzie czekał już na nas czerwony busik, który bezpiecznie dowiózł nas do Tarnowa.
Kolejna wyprawa dobiegła końca, ale wspomnienia z niej jeszcze na długo z nami pozostaną, a autor tej relacji żegna się hasłem znanym nie tylko uczestnikom ostatniego rajdu… „no to żółwik”.

Barbara Kasperek


13.05.2012 - Zejście do Suchej Góry - (fot. Artur Marć)

   

"Co słychać?" - Nr 3-4 (255-256) / 2012

Z pewnym opóźnieniem ukazał się podwójny, wiosenny numer "Co słychać?" i choć ma zaledwie 8 stron, na pewno każdy znajdzie w nim coś dla siebie do przeczytania.

Pierwsza strona przynosi życzenia wielkanocne od kapelana PTT, a także okolicznościową kartkę. Kolejne strony przynoszą aktualności oraz informację o akcji "Największe sprzątanie Tatr w historii", w którą włączyliśmy się jako Towarzystwo. Można znaleźć także relację Niny Mikołajczyk z nocnego wejścia na Tarnicę, opowieść Bartłomieja Sali o zbójniku z Gór Świętokrzyskich oraz relację z powitania wiosny przez Oddział PTT w Ostrowcu Świętokrzyskim. Numer uzupełnia informacje o odejściu Józefa Skwierawskiego oraz zburzeniu willi "Modrzejów" w Zakopanem.

Życzymy przyjemnej lektury! (pobierz -> 2,52 MB)

   

12-13.05.2012 - Babia Góra i Pasmo Policy

Majówka w Beskidzie Żywieckim czyli "Gdzie jest Żółwik"….

Babia Góra od zawsze posiadała wśród nas licznych zwolenników. Zdobywaliśmy ją w różnych warunkach pogodowych i we wszystkich porach roku. Najczęściej nasze wejścia na szczyt miały miejsca od strony Krowiarek bądź Akademicką Percią z Markowych Szczawin. Tym razem najwyższy beskidzki wierzchołek mieliśmy zaatakować od strony słowackiej. W piękny, słoneczny sobotni poranek zapełniamy (tym razem czerwonego) busa. Za kierownicą pan Andrzej - sprawdzony podczas ostatniego wyjazdu w Beskid Niski. Nasz oddziałowy „driver”, a zarazem szef wszystkich „driverów” regeneruje bowiem swoje siły w Gliczarowie Górnym czyli na gościnnej ziemi podhalańskiej. Humory dopisują, mimo iż większość dostępnych prognoz meteorologicznych przewiduje na dziś załamanie pogody wskutek przechodzącego przez Polskę od północy frontu niżowego. Póki co jednak warunki są wspaniałe. W Roztoce zabieramy Bogusia i mkniemy dziarsko w kierunku Laskowej. Tam kilkuminutowy postój. Czekamy na busa z Krakowa. Na jego „pokładzie” podróżuje bowiem Karol zwany pieszczotliwie „Synem Szefa” – ostatni uczestnik naszej eskapady. Wkrótce jesteśmy razem, ale już po chwili kolejny przystanek. Tym razem wyraźnie „na żądanie”. Tradycyjnie Monika i oczywiście Orlen (w Limanowej). A potem już bez zatrzymywania (no chyba, że na światłach) przez Mszanę Dolną, Rabkę, Jabłonkę dojeżdżamy do Lipnicy Wielkiej. Gdzieś w okolicach Mszany, Basia wyciąga jeszcze olbrzymi plastikowy pojemnik z przygotowanymi wieczorem w wigilię wyjazdu, małymi bułeczkami z nadzieniem jabłkowym. Pyszności. Starczy dla wszystkich, a reszta zostanie zachowana na wieczorne spotkanie w Zawoi. Po drodze nasz wzrok ciągle przyciągają widoki. Najpierw wzniesienia Beskidu Wyspowego i Gorców, a po minięciu Rabki pojawia się doskonale widoczny łańcuch Tatr, a z drugiej strony ONA – Królowa Beskidów. Jeszcze ze śladami zimy, których tydzień temu było jednak zdecydowanie więcej (to wpływ afrykańskiego powietrza napływającego w ostatnim okresie nad południową Polskę). Tatrzańskie szczyty jeszcze pod błękitnym niebem, nad Babią zaczynają się już gromadzić chmury. Nadciąga front i chyba będzie czekał nas wyścig z czasem.


12.05.2012 - Wycieczka na Babią Górę - (fot. Artur Marć)

Na parkingu na Stańcowej Polanie jesteśmy przed jedenastą. Żegnamy się z panem Andrzejem, który obiera kurs na Zawoję. W pełnym słońcu i temperaturze przypominającej niektórym uczestnikom wyprawę do Afryki, przygotowujemy się do wymarszu. Przez chwilę zastanawiamy się czy nie zmienić planów i rozpocząć ataku szczytowego natychmiast, posługując się szlakiem zielonym i skracając tym samym czas wejścia. Postanawiamy podjąć ryzyko i zgodnie z wcześniejszymi założeniami ruszamy szlakiem niebieskim w stronę dawnego turystycznego przejścia granicznego Przywarówka. W ciągu kilku minut wkraczamy na obszar Słowacji. Jeszcze chwila i docieramy Na Równię (Roveň) w okolicę „Gajówki Hviezdoslava”, zbudowanej w XIX wieku, a obecnie pełniącej funkcję muzeum poświęconemu Pawłowi Országhowi (Hviezdoslavovi) – jednemu z najwybitniejszych słowackich poetów i dramatopisarzy. Króciutki postój, zwieramy szeregi (w tzw. międzyczasie Artur tworzy dokumentację fotograficzną wzmiankowanego wyżej miejsca) i zmieniamy kolor szlaku. Od tej pory prowadzić nas będą znaki żółte. W tym samym kolorze założył dziś koszulkę Tomek - pełniący samozwańczo funkcję „zamka” (osoby zamykającej grupę). Szybko „połykamy” pierwsze podejście, potem długi trawers, przekraczamy potok i stajemy przed kolejną stromizną. Grupa rozciąga się, podobnie jak peleton na alpejskim etapie trwającego Giro d’Italia. Na czele szarpią oddziałowi „górale”. Nie widać tylko koszulki lidera. Spokojnie, po prostu nikt nie założył różowego trykotu (w takiej koszulce jedzie lider Giro). Żółta koszulka (zarezerwowana dziś dla Tomka, a w wielkich kolarskich wyścigach dla lidera Tour de France) przebija się jednak dzielnie wśród zielonych drzew kilkadziesiąt metrów niżej. Mijamy poprzeczną „stokówkę” i docieramy do granicy słowackiego rezerwatu „Babia Hora”. Informuje o tym stosowna tablica w języku polskim i słowackim. „Otwórzcie oczy” – radzi ona wędrującym tutaj turystom. Nie bezcelowo. Możemy oczekiwać, że trudy wspinaczki wynagrodzą wspaniałe widoki. Niestety w naszym przypadku będą chyba niedostępne. Z każdą minutą pogoda robi się gorsza. Coraz większą część nieba pokrywają już chmury. Nasz nastrój pozostaje jednak cały czas fantastyczny. Tym bardziej, że właśnie docieramy do turystycznego schronu na Uściańskiej Polanie. Przepływający obok potok pozwala spłukać z twarzy ślady soli i odzyskać świeżość.


12.05.2012 - Wycieczka na Babią Górę - (fot. Artur Marć)

Zasiadamy w schronie i uzupełniając utracone kalorie zbieramy siły na czekające nas jeszcze ponad czterystumetrowe podejście. Basia znowu wszystkich zaskakuje. Wkłada rękę do plecaka i niczym magik wyciągający królika z kapelusza, wyciąga… nieco mniejszy (niż w busie) plastikowy pojemnik. A w nim równiutkie kostki, słodkiego pokrojonego świeżego ananasa. Ponownie powracają niektórym osobom kenijsko-tanzańskie wspomnienia. Na takim paliwie zdobyliśmy Kili więc i Babia powinna paść. Grupa znowu staje się „prawie” całością. Ale „prawie” jak wiemy robi różnicę… Brakuje Tomka. Początkowo ignorujemy informację Moniki o „gwałtownym zaginięciu” kolegi. Mijają kolejne minuty, a „żółta koszulka” w dalszym ciągu pozostaje poza zasięgiem naszego wzroku. Jedynym dostępnym żółtym kolorem jest póki co ananas... W takich przypadkach nieocenioną przysługę mogą oddać telefony komórkowe. Niestety kolejne próby nawiązania takiego kontaktu również są nieskuteczne. To wzmaga nasz niepokój. Wreszcie podzieleni na małe grupki zaczynamy podejście na szczyt, zaś dwójka „ratowników” udaje się w przeciwnym kierunku w celu poszukiwania zaginionego. Aby nie trzymać czytelników w niepotrzebnym napięciu dodam od razu, że akcja zakończyła się pełnym sukcesem. Tomek został odnaleziony i doprowadzony bezpiecznie na szczyt Babiej Góry, a potem (pomimo panujących jeszcze gdzieniegdzie zimowych warunków) w asyście części uczestników osiągnął Bronę i schronisko na Markowych Szczawinach. Wykazując przy tym stoicki spokój i odporność psychiczną. Komórka zaś dzwoniła i owszem. Ale w Tarnowie…
Pogoda tymczasem zmieniła się całkowicie i Babia stała się (jak zresztą jest często nazywana) Królową Niepogody. Suma powyższych okoliczności sprawiła, że w oddziałowym archiwum nie będzie wspólnego zdjęcia z Diablaka. Już teraz planujemy jednak kolejne wejście na szczyt Królowej „wariantem słowackim”. Wybierzemy tylko dzień, w czasie którego nad Polską rozbudowany będzie wyż. A wcześniej sprawdzimy czy wszyscy posiadają komórki. Podróże kształcą…


12.05.2012 - W schronisku na Markowych Szczawinach - (fot. Artur Marć)

W schronisku na Markowych Szczawinach znowu byliśmy więc w komplecie. Śmiechy, rozmowy, wstępne suszenie, herbata, kanapki, piwo, czekolada i pierwsze marzenia o kąpieli (tej pod prysznicem). Ta deszczowa przestała nam już bowiem zagrażać. Całą grupą zeszliśmy na pusty parking w Markowej. W zasadzie to niezupełnie pusty. Stał na nim jeden pojazd. Ale ten najbardziej oczekiwany. Nasz czerwony bus. Po chwili przyjechał jeszcze kursowy bus z Suchej Beskidzkiej. Zanim dotarliśmy na nocleg, do ośrodka noszącego nomen omen nazwę „Diablak” zasililiśmy poważnie konto jednej z regionalnych karczm w Zawoi. Przetestowaliśmy całkiem sporą ilość dań, zarówno klasycznych jak i tych regionalnych (np. „Koryto Koliba”). Przy okazji Karol zademonstrował nam krakowski sposób na „podwójną golonkę”. Przyznam, że zrobił na wszystkich duże wrażenie, podobnie jak muzyka miejscowej kapeli. My też musieliśmy chyba zaskoczyć miejscowych artystów pozytywnie, bo na zakończenie pobytu w karczmie pożegnali nas tradycyjnym góralskim hitem „W murowanej piwnicy”. My odwdzięczyliśmy się spontanicznie góralskim tańcem w tarnowskiej choreografii. I tak rozpoczęła się „gorączka sobotniej nocy”, która w „Diablaku” trwać miała aż do… niedzieli. Ale najpierw zrealizowaliśmy prysznicowe marzenia. Niektórzy zmęczeni całotygodniowym wysiłkiem i gorącą kąpielą wybrali nieoczekiwanie opcję „sen”. No i mieli czego żałować. Niecodziennym dodatkiem do tradycyjnych rozmów na wysokim (górskim) poziomie okazały się piosenki w aranżacji muzycznych profesjonalistów czyli Grześka i Jarka. Karol kolejny raz dał próbkę swych nieprzeciętnych umiejętności zawodowych (ach ten sok imbirowy i pieprz). Następnie dyskretnie udał się na spoczynek, co nikogo nie zdziwiło,  wszak w podróż z Krakowa wyruszył wprost po pracy. W pewnym momencie koncert oddziałowych wokalistów przerwał recepcjonista, proponując zabawę jak za dawnych, dobrych lat czyli z wykorzystaniem muzyki mechanicznej. W ten sposób rozpoczęły się (niekoniecznie góralskie) tańce. Wieczór w „Diablaku” powoli dobiegał końca. Z pewnością zapadnie nam na długo w pamięci, a kojarzył się będzie również z niezliczoną ilością… przybitych (nie wiadomo czemu) żółwików.


13.05.2012 - Msza Święta w pensjonacie "Diablak" - (fot. Artur Marć)

Niedzielę rozpoczęła Msza Święta. A po niej (jakżeby inaczej) na stołach pojawiły się talerze z jajecznicą. Tym razem w towarzystwie zestawu śniadaniowego a’la Diablak. Tak, jak zaplanowaliśmy, kilka minut po dziewiątej zasiedliśmy w busie, obierając kurs na Przełęcz Krowiarki. Po nocnych opadach pogoda poprawiła się znacząco. Niebo było jeszcze dość  zachmurzone, ale od czasu do czasu nieśmiało zza chmur przebijało się słońce. Temperatura powietrza obniżyła się za to o kilkanaście stopni. Mniej odporni szybko znaleźli właściwą odpowiedź. Szybko sięgnęli do plecaków i po chwili założyli czapki i rękawiczki, wykazując tym samym profesjonalne podejście do sprawy. W takich warunkach rozpoczęła się nasza wędrówka pasmem Policy. Minęliśmy tablicę upamiętniającą ostatnią górską wycieczkę kardynała Karola Wojtyły przed wyborem na papieża. Trasa „kardynalskiej” eskapady pokrywała się całkowicie z naszą. Wiodła jednak w odwrotnym kierunku. Idąc po wykonanych na ścieżce schodkach szybko zdobywaliśmy wysokość. Gdzieś między drzewami przez chwilę majaczyła droga Zawoja – Zubrzyca. Szybką rozgrzewkę zakończyło wejście na Syhlec. Gdzieś w okolicach szczytu, tuż przy ścieżce, natknęliśmy się na stojący granitowy słupek graniczny z czasów II wojny światowej. Z południowej strony umieszczona była na nim litera D (Deutschland), z północnej S (Slovensko), tak więc w ponurych, okupacyjnych czasach wyznaczał on granicę między obszarami Generalnego Gubernatorstwa, a państwem słowackim księdza Józefa Tiso. Podobne słupki spotkać można idąc z Krowiarek na Babią Górę. Tamte jednak występują w pozycji leżącej czyli tworzą ścieżkę. Godzinę później dotarliśmy do miejsca zwanego Cylem Hali Śmietanowej lub (nieco rzadziej) Kiczorką. Mając ciągle w pamięci sobotnie wydarzenia ze stoków Babiej Góry, staraliśmy się utrzymywać kontakt wzrokowy między poszczególnymi grupkami. Po krótkim postoju ruszyliśmy dalej leśną ścieżką i mijając od czasu do czasu kolejne historyczne słupki doszliśmy do Policy – najwyższego szczytu całego pasma. W kwietniu 1969 roku na zboczach tej góry rozbił się w niekorzystnych warunkach, kursowy samolot LOT-u lecący z Warszawy do Krakowa. Zginęli wszyscy pasażerowie, a wśród nich wybitny językoznawca, profesor Zenon Klemensiewicz. Tragiczne wydarzenie upamiętnia dziś pomnik w kształcie pionowego statecznika samolotu. Na umieszczonej na nim tablicy znajdują się nazwiska wszystkich ofiar. Kilkadziesiąt metrów od pomnika, w miejscu wiatrołomu, słynącym z rozległej panoramy zorganizowaliśmy kolejny, krótki postój. Natura okazała się łaskawa i obdarzyła nas prezentem w postaci całkiem przyzwoitego widoku, w którym dominującą rolę odgrywała sylwetka Królowej. Od tej pory wrażenia optyczne towarzyszyły nam już w zasadzie do końca wycieczki. Zmieniały się tylko pasma górskie. Bez trudu rozpoznawaliśmy kolejne szczyty. W końcu osiągnęliśmy schronisko na Hali Krupowej, słynące od kilku lat wśród miłośników gór organizowanego wspólnie z redakcją magazynu „npm” – Zimowego Biwaku. Zapełniliśmy małą jadalnię i przez dłuższą chwilę oddawaliśmy się konsumpcji, wykorzystując zarówno prowiant własny, jak i propozycje schroniskowego menu. Kiedy pojawiła się następna grupa turystów powoli opuściliśmy przytulne wnętrze, zwalniając zajmowane miejsca. Do przejścia pozostał nam już tylko ostatni odcinek dwudniowej eskapady. W ciągu godziny zeszliśmy do Skawicy – Suchej Góry. Po drodze mieliśmy jeszcze niespodziewane połączenie telefoniczne z Przehyby i związaną z nim akcję o kryptonimie „Portfel”. Akcję, która we wtorek znalazła szczęśliwe zakończenie.
W Suchej Górze, w pobliżu leśnego parkingu oczekiwał nasz wehikuł. Znikomy ruch na drogach spowodował, że powrót przebiegał bardzo sprawnie. Chociaż i tym razem nie obyło się bez przystanku na Orlenie w Łososinie. Ale to też już tradycja. I tak dobiegł końca kolejny górski wypad. Wkrótce pewnie przyjdzie czas na następny.
No to żółwik…

Janusz Foszcz


13.05.2012 - Na szczycie Policy - (fot. Artur Marć)

   

19.05.2012 Rajd ze Św. Filipem - Beskid Sądecki

W imieniu xx. Filipinów z Tarnowa zapraszamy na

Rajd ze Św. Filipem - Beskid Sądecki

Poniżej prezentujemy informację ze strony www.filipini.eu

Wiele lat upłynęło od pierwszego Rajdu ze Św. Filipem, który organizowaliśmy w bezpośredniej bliskości Uroczystości Odpustowej ku czci Św. Filipa Neri.
W tym roku pragniemy przypomnieć tę tradycję, dlatego zapraszamy do udziału w kolejnej pieszej wędrówce przez najpiękniejsze zakątki Beskidu Sądeckiego.

Proponujemy sprawdzoną trasę:

Wierchomla - Bacówka nad Wierchomlą - Runek - Hala Łabowska - Hala Pisana - Piwniczna (kilka godzin marszu - spaceru).

Do Wierchomli udamy się autokarem, który wyjedzie sprzed naszego kościoła, w sobotę 19 maja o godz. 7:00.


Planujemy dotrzeć do Wierchomli ok. godz. 9:00. Stamtąd wyruszymy pieszo do Piwnicznej.

Jak to bywało na poprzednich rajdach, w trasie odprawimy Mszę Świętą, a po zejściu do Piwnicznej, dzięki uprzejmości naszych przyjaciół ze Stowarzyszenia Misji Afrykańskich w klimacie Misyjnego Domu Rekolekcyjnego na Śmigowskim pomodlimy się Nabożeństwem Majowym. Tam również na uczestników rajdu będzie przygotowany grill.

Do Tarnowa planujemy wrócić mniej więcej na godz. 21:00.

Koszt udziału w rajdzie wynosi 40 zł.


Zapisu wraz z wpłatą można dokonać w zakrystii lub na furcie klasztornej do przyszłej niedzieli 13 maja 2012 r.

Informacji udzielają: Ks. Robert i Ks. Mateusz, możesz również napisać do nas tutaj.

   

21-22.04.2012 - Wycieczka na Baranie w Beskidzie Niskim

Czterdzieści lat minęło, czyli Beskid Niski na słodko...

Pomysł wyjazdu w Beskid Niski zrodził się tuż po naszej poprzedniej eskapadzie w to najrozleglejsze pasmo Beskidów. Góry te ugościły nas w pamiętny listopadowy weekend 2011 roku wspaniałą pogodą i lazurowym iście włoskim niebem. Tym razem wybór padł na nieco bardziej na wschód położone rejony: Przełęcz Dukielską, Baranie i okolice Krempnej – serce Magurskiego Parku Narodowego.
W kwietniowy sobotni poranek gromadzimy się w kilku punktach Tarnowa, skąd podejmuje nas bus naszego, ”Oddziałowego przewoźnika”. Zrazu planowana trasa przez Gorlice ulega zmianie i do celu, czyli na Przełęcz Dukielską zmierzamy przez Jasło. Senna atmosfera ożywia się gdy wjeżdżamy w Dolinę Wisłoki, nad którą rozpościera się dobrze znany Liwocz. Wisłoka będzie nam towarzyszyła przez większą część wyjazdu. Droga wśród beskidzkich wzgórz mija szybko i kilka minut przed dziesiątą jesteśmy już na Przełęczy Dukielskiej, najniżej położonej przełęczy w głównym grzbiecie Karpat. Tutaj rozstajemy się z busem, pora wyruszyć na szlak.
Z Przełęczy na Baranie szlak prowadzi łagodnymi, typowymi dla Beskidu Niskiego wzgórzami. Nawiązujemy znajomość z błotem z którego słynie ta część Beskidów. Wygląd naszych butów potwierdza, że jest to sława zasłużona. Wędrując opustoszałym szlakiem granicznym trudno uwierzyć, że tereny te podczas obu wojen światowych były areną krwawych zmagań. Dość nieoczekiwanie przypominamy sobie o tym, gdy Piotrek znajduje tuż przy szlaku przerdzewiały hełm. Sporo podobnych pamiątek kryją zapewne beskidzkie lasy.


21.04.2012 - Wycieczka na Baranie w Beskidzie Niskim - (fot. Barbara Kądziołka)

Wierzchołek Baraniego, na który docieramy po trzynastej jest najwyższym punktem który osiągniemy w trakcie tego wyjazdu. Tak więc jest to najlepsze miejsce na niezrozumiałe dla postronnych obrzędy związane z wręczeniem zielonej książeczki ze znakiem PTT. Dziś pod kijkami przepędzeni zostają Asia oraz Adam. Najpierw przejście z nisko schylonym grzbietem, a potem dumny marsz pod szpalerem kijków i już można zapisać w oddziałowej kronice dwie pierwsze osoby którym legitymacje wręczył nowy Prezes. Po tej miłej chwili przychodzi czas na dreszczyk emocji, czyli wejście na wieżę widokową na Baranim. Nie sprawia ona zbyt solidnego wrażenia, ale na szczęście głośno formułowane przez niektórych obawy nie potwierdzają się. Możemy wreszcie po kilku godzinach leśnej wędrówki nasycić się widokami.
Pora teraz na kolejny stały punkt naszych wycieczek, czyli fotki z flagami. Niestety natura przestaje być dla nas łaskawa i ciemne chmury z których zaczyna padać deszcz przeganiają nas z Baraniego w kierunku Przełęczy Mazgalica. Znów zagłębiamy się w karpacką buczynę.


21.04.2012 - Odprawianie neopogańskich obrzędów PTT - (fot. Zbigniew Bigaś)

Na Mazgalicy zmieniamy kierunek marszu i schodzimy do Huty Polańskiej, maleńkiej miejscowości znanej z nietypowego jak na Beskid Niski, murowanego Kościoła pw. Św. Jana z Dukli i Św. Huberta. Nie omieszkujemy oczywiście uwiecznić go na naszych fotografiach. Kilkaset metrów dalej, przy schronisku Hajstra czeka już nasz bus, którym zmierzamy do Krempnej.
Opodal skrzyżowania w Krempnej oglądamy zamkniętą na głucho Restaurację ,”Leśną”. Słynny ,”Bar w Beskidzie” nie wita wędrowców ,”lanym chmielem”, a ,”dym z extra-mocnych” dawno się rozwiał. Beskid Wolnej Grupy Bukowina i Wojtka Bellona bezpowrotnie odszedł w przeszłość...
Nasz bus zatrzymuje się przy Ośrodku Edukacyjnym Magurskiego Parku Narodowego. Dzięki uprzejmości pracowników MPN zostajemy wpuszczeni do nieczynnego o tej porze roku Ośrodka. Multimedialna ekspozycja flory i fauny Magurskiego PN robi duże wrażenie. Dawno już na naszej wycieczce nie było tak edukacyjnie. Dziękujemy za oprowadzenie i busem udajemy się do Ośrodka pod Jodłą, położonego w pięknym miejscu nad zalewem w Krempnej. Tam właśnie mamy zarezerwowane noclegi.
Po posiłku w ,”Karczmie Beskidzkiej” przychodzi czas na świętowanie. Czterdzieści lat minęło... inżynierowi Bisiowi. Przygotowujemy na imprezę salę świetlicy udostępnioną nam przez szefa Ośrodka pod Jodłą. Dostojny jubilat zajmuje honorowe miejsce przy stole. Nie bez problemów zapalamy świeczki na urodzinowym torcie. O ile harcerze zapalają ognisko jedną zapałką, o tyle nam trzeba na kilka świeczek pół paczki zapałek. Ale nie odpuszczamy, bo cóż to za tort urodzinowy bez świeczek i wkrótce już gromkie ”Sto lat” odbija się echem od beskidzkich wzgórz. Marek składa życzenia w imieniu całego Oddziału, Piotrek jednym dmuchnięciem niweczy efekt naszych zabaw z zapałkami i część oficjalna imprezy zostaje zakończona. Świętujemy cały wieczór, a potem już w pokoju toczymy nocne Polaków rozmowy.


21.04.2012 - Czterdzieści lat minęło... Piotrek... "Sto lat..." - (fot. Artur Marć)

Niedzielny poranek w Krempnej wita nas chmurami. Jak się później okaże nie było powodów do niepokoju. Beskid nie zawiódł swoich miłośników i przez resztę dnia gościł nas piękną pogodą. Dzień zaczynamy mszą w miejscowym Kościele pw. Św. Maksymiliana Kolbe, opodal którego znajduje się piękna, łemkowska cerkiew pw. śś. Kosmy i Damiana. Dostajemy klucze do cerkwi i przez kilkanaście minut podziwiamy ikonostas, którego symbolikę objaśnia nam Janusz.
Wracamy do Ośrodka pod Jodłą na śniadanie. Tradycja w PTT to rzecz święta, więc nasz pierwszy dzisiejszy posiłek to oczywiście jajecznica. Czas biegnie nieubłaganie, więc szybko zapełniamy z powrotem plecaki i busem podjeżdżamy do skrzyżowania w Krempnej. Przed wyjazdem z tej urokliwej miejscowości zwiedzamy jeszcze pięknie położony na wzgórzu Łokieć cmentarz poległych w I Wojnie Światowej. To dzieło słowackiego architekta Dusana Jurkovicia, najbardziej znanego twórcy wojennych cmentarzy w Beskidzie Niskim. Cmentarz na Łokciu różni się od innych projektów Jurkovicia – zamiast drewnianych gontyn, takich jak na Rotundzie, które oglądaliśmy w listopadzie ubiegłego roku dominują w nim kamienne kolumny zwieńczone kręgiem imitującym liście dębu. Zapada w pamięć inskrypcja na pomniku:

"W pamięci, miłości i błogosławieństwie pokoju żyje nasza śmierć
Walczyliśmy pierś w pierś, zmartwychwstaniemy ramię w ramię"

Po chwili zadumy wracamy do busa. Malowniczymi serpentynami dojeżdżamy do Kątów. W tej miejscowości zaczynamy pieszą część dzisiejszego programu wycieczki.
Pół godziny później docieramy pod Krzyż Milenijny na Grzywackiej Górze. Pogoda dopisuje, są widoki, jest radość. Zrzucamy plecaki, czas na odpoczynek. Po wczorajszym studiowaniu drzewostanu przy szlaku dziś wreszcie sycimy oczy pełną panoramą. Na zachodzie horyzont zamyka pasmo Magury Wątkowskiej, na wschodzie dominuje charakterystyczna sylwetka Cergowej. Uwagę przykuwa samotna góra na północny zachód od wierzchołka Grzywackiej. Wespół w zespół dochodzimy do wniosku, że to musi być Liwocz, pięknie prezentujący się nad blokami i kominami Jasła. Ot, taki mix górsko-industrialny. Sekcja przewodnicka, czyli Janusz i Boguś identyfikuje przy pomocy mapy poszczególne miejsca widoczne na południe od nas. Oglądamy Kamień i Przełęcz Hałbowską kryjącą mogiły zamordowanych w 1942 r. Żydów, Kolanin nad Świątkową i Zamkową, gdzie między bukami są pozostałości średniowiecznego grodziska.


22.04.2012 - Janusz oprowadza po Cmentarzu Nr 6 na Łokciu - (fot. Michał Skaza)

W tych pięknych okolicznościach beskidzkiej przyrody chwila nieco się wydłuża. Przestaje nam się spieszyć, chętnie spędzilibyśmy na Grzywackiej Górze resztę dnia. Jasne już jest, że nasza dzisiejsza trasa zostaje zredukowana do ”wariantu krótszego” z metą w Chyrowej. Krótki odpoczynek i uzupełniamy stracone kalorie. Kieliszek destylatu smakuje wybornie. Jeszcze tylko kilka zdjęć z Krzyżem Milenijnym oraz Beskidem Niskim w tle i obieramy azymut na wschód. Miedzą, polem i karpackim borem przemierzamy Główny Szlak Beskidzki. Docieramy na Łysą Górę, a potem wędrujemy zboczami Polany i Halki. Szlak jest mało uczęszczany, miejscami zatarasowany wiatrołomami. Buczyna karpacka z której słynie Beskid Niski przeplata się tu z brzozami z których wiele jest złamanych. Zastanawiające...
Towarzyszy nam piękny beskidzki krajobraz – Cergowa przed nami, na południe od nas dolina Wisłoki w rejonie Myscowej i pasmo graniczne. Po dwóch godzinach marszu docieramy do słynnej Doliny Śmierci. Trudno uwierzyć, że kilkadziesiąt lat temu ten sielski, beskidzki zakątek przypominał piekło na ziemi.
Obrzeżami łąki schodzimy w dół do drogi i po następnych kilku minutach meldujemy się przy busie, oczekującym na nas na parkingu przy stoku narciarskim. Jak się okazuje nie tylko my wyznaczyliśmy sobie metę w Chyrowej, autobus oczekuje także na wycieczkę z rzeszowskiego PTTK. Po chwili ściskam się „na niedźwiedzia” z Marianem z Przemyśla, kolegą poznanym na ubiegłorocznym wyjeździe w góry Słowacji. Krótka rozmowa bo czas nagli i zajmujemy miejsce w busie.
Chyrowa żegna nas słonecznym popołudniem, a my planujemy już kolejny wyjazd w sercu bliski Beskid Niski.

Artur Marć


22.04.2012 - Pamiątkowe zdjęcie na Grzywackiej Górze - (fot. Artur Marć)

   

Zapraszamy na spływ rzeką Nidą

                  .                .                                               .        .      . .                          .                             .                          .                         . 


Szczegóły dotyczące wyjazdu znajdują się w odpowiednim temacie na naszym
>>Forum TMG<<
tam również przyjmujemy zgłoszenia.

   

Strona 1 z 18

Kalendarz Wydarzeń

poprzednim miesiącu maj 2012 następnym miesiącu
P W Ś C Pt S N
week 18 1 2 3 4 5 6
week 19 7 8 9 10 11 12 13
week 20 14 15 16 17 18 19 20
week 21 21 22 23 24 25 26 27
week 22 28 29 30 31

FACEBOOK

Najbliższe Wydarzenia

Pt Maj 18, 2012 @17:30 -
VII Posiedzenie ZG PTT VIII Kadencji w Zakopanem
So Maj 19, 2012 @07:00 - 09:00
Rajd ze Św. Filipem - Beskid Sądecki
N Maj 20, 2012 @17:00 -
Msza Święta Miłośników Gór
Śr Maj 23, 2012 @10:00 -
IV Gimnazjalny Konkurs Wiedzy o Górach - "Bieszczady"
Śr Maj 23, 2012 @18:00 -
Spotkanie Klubowe
Śr Cze 06, 2012 @18:00 -
Spotkanie Klubowe

Rabaty dla Członków PTT

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Współpraca

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
stat4u